Misja na czterech łapach

  • Cena: 34.90 zł
  • Ilość odwiedzin: 219

Opis produktu

Wszystkie psy ida do Nieba… chyba ze maja niedokonczone sprawy, tu na Ziemi. A niektóre z nich maja tez do spelnienia wazna misje.

Okazuje sie, ze nie tylko koty moga zyc po kilka razy. Glówny bohater ksiazki – Bailey – to uroczy psiak, który po serii niefortunnych zdarzen odchodzi z tego swiata. Ku swemu zdziwieniu odradza sie ponownie, by trafic w rece osmioletniego chlopca imieniem Ethan. Wkrótce staja sie nierozlacznymi przyjaciólmi a Bailey dozywa szczesliwej starosci u boku chlopca w poczuciu, ze spelnil swoja misje.

Jednak zamiast udac sie do psiego raju, Bailey przychodzi na swiat ponownie w kolejnym psim wcieleniu. Czy uda mu sie wreszcie odkryc, jaki jest cel jego zyciowej misji?

Ta wspaniala powiesc o nierozerwalnej przyjazni laczacej czlowieka i psa z pewnoscia trafi do serc wszystkich czytelników, którzy maja lub mieli kiedys ukochanego psa.
Idac odsniezonym chodnikiem, spostrzeglem kilka rzeczy. Zadna z nich nie oznaczala niczego dobrego.
Drzwi wejsciowe byly otwarte, a zapach dymu wydobywal sie na zewnatrz, na mrozne nocne powietrze, przez potezne uderzenia plomieni. Ped tego powietrza niósl ze soba chemiczny, ostry zapach, który byl dla mnie znajomy – czulem go zawsze, gdy jechalismy samochodem i zatrzymywalismy sie w miejscu, gdzie Ethan lubil stac z tylu auta z grubym, czarnym wezem w reku. Ktos wyszedl z domu. Poczatkowo sadzilem, ze byl to chlopiec, ale tylko do momentu, gdy postac zaczela wytrzasac na krzaki obok domu, smierdzacy plyn z metalowego pojemnika. Wtedy poczulem znajomy zapach.
To byl Todd. Odszedl trzy kroki w tyl, wyciagnal z kieszeni jakis papier i podpalil go. Ogien migotal naprzeciw jego skamienialej, pustej twarzy. Gdy rzucil plonace papiery na krzaki, pojawil sie niebieski plomien, wydajac trzaskajacy halas.
Todd mnie nie zauwazyl. Przygladal sie plomieniom. Nie warknalem, nie zaszczekalem, tylko wbieglem na chodnik w milczacej wscieklosci. Skoczylem na niego, jakbym polowal na ludzi przez cale zycie. Wezbralo we mnie poczucie wladzy, jakbym byl wodzem paczki.
Niechec, jaka zywilem wobec ataków na ludzi, zostala zepchnieta na dalszy plan przez silne poczucie, ze to, co robil Todd, moglo wyrzadzic krzywde chlopcu i jego rodzinie, która mialem przeciez chronic. To bylo moim jedynym celem.
Todd krzyknal i upadl. Kopnal mnie w pysk. Chwycilem zebami jego stope, gryzlem ja, warczac, podczas gdy Todd krzyczal. Jego spodnie rozdarly sie i zgubil but. Poczulem smak krwi. Zaatakowal mnie piesciami, ale trzymalem mocno jego kostke, potrzasajac nia, czulem, jak wgryzam sie w cialo. Bylem pelen furii, calkowicie nieswiadomy faktu, ze w pysku czulem smak ludzkiej skóry i krwi.
Nagly przenikajacy halas zbil mnie z tropu. Obejrzalem sie, by spojrzec na dom, a Todd wykorzystal okazje i uwolnil swoja stope.

Budynek stal w plomieniach. Gesty, gryzacy dym wydobywal sie przez drzwi wejsciowe. Alarm wyl niezwykle glosno, wiec instynktownie oddalilem sie.
Todd przystanal, a nastepnie, kulejac, oddalil sie tak szybko, jak mógl. Katem oka widzialem jak odchodzil, ale nie dbalem juz o to. Wlaczylem mój wlasny alarm; szczekajac, próbowalem zwrócic uwage innych na plomienie, które szybko rozprzestrzenialy sie po domu i zmierzaly w góre, w kierunku pokoju chlopca.
Pobieglem na tyl domu, ale ze smutkiem stwierdzilem, ze sterta sniegu, która pomogla mi wczesniej w ucieczce, znajdowala sie po zlej stronie ogrodzenia. Gdy stanalem tam, szczekajac, drzwi na taras rozsunely sie. Wybiegli przez nie tata i mama Ethana, która kaslala.
– Ethan! – krzyczala.
Kleby czarnego dymu wydostawaly sie przez drzwi tarasowe. Mama i tata podbiegli do bramy, gdzie sie na nich natknalem. Potracili mnie, biegnac po sniegu przed front domu. Stali, patrzac w góre, w ciemne okno pokoju Ethana.
– Ethan! – krzyczeli. – Ethan!
Odbieglem od nich i pognalem do domu, przez juz otwarte tylne wejscie. Rzucilem sie do srodka. Feliks przebywal na tarasie, skulony pod lawka i wyl na mnie, ale nie zatrzymalem sie. Moje oczy i nos byly pelne dymu. Po omacku pelzlem w kierunku schodów.
Odglos plomieni byl tak glosny jak wiatr za oknem pedzacego samochodu. Dusil mnie dym, ale to wysoka temperatura zmusila mnie do odwrotu. Sila ognia przypalila mi nos i uszy. Sfrustrowany opuscilem leb i wybieglem z powrotem przez tylne drzwi. Zimne powietrze natychmiast ukoilo mój ból.
Mama i tata wciaz krzyczeli. W domach wzdluz ulicy zapalily sie swiatla. Zauwazylem jednego z sasiadów wygladajacego przez okno i rozmawiajacego przez telefon.
Chlopiec wciaz nie dawal zadnego znaku zycia.
– Ethan! – krzyczeli rodzice. – Ethan!
[Fragment ksiazki "Misja na czterech lapach"]

Oceń produkt

Recenzje

Brak ocen dla tego produktu. Bądź pierwszy!